„Lizbona mój mit i moja Portugalia”. Mariola Landowska
Mieszkam w Lizbonie 19 lat i doszłam do wniosku, że czas najwyższy na opowieści. Zmieniła się ona bardzo od czasu, gdy tu po raz pierwszy przyjechałam. Mouraria – dzielnica położona przy Martim Moniz, wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Mouraria zachowała swój styl a po drugiej stronie placu wyrosły nowe budynki mieszkalne. Właśnie tam kupiłam pierwszą płytę Amalii Rodrigues. Fado rozbrzmiewało wtedy w każdym zaułku starego miasta… Wtedy jeszcze nie rozumiałam, o czym śpiewają. Gitary upajały, światło świec w małych tawernach oświetlały twarze fadystów, nadając całości teatralnego wyrazu. Prowincjonalne zaułki pełne schodów, bielizny wywieszonej nad głową. Kury gdakające w ” beco” będącym ślepym zaułkiem. Kobiety siedzące pod czarnymi parasolami chroniące się od słońca i robiące szydełkiem serwetki.
Tak właśnie zapamiętałam „moją” Lizbonę i taką chciałabym ją Wam przedstawić: „Lizbona mój mit i moja Portugalia”.
Specjałem małych tawern były „pasteis de bacalhau”, czyli rodzaj dorszowego ciasta, podobnych nieco w kształcie do naszych kopytek. Do tego małe „imperial” (piwo) albo słodka i mocna wiśniówka – ginjinha. Podawano je w białych kieliszkach z grubego, tzw. „musztardowego” szkła. Miejsca te pachniały adekwatnie do towaru, który można było w nich dostać – ser, mydło i powidło. Można w nich było także zakupić inne artykuły pierwszej potrzeby, takie jak proszek do prania, żarówkę czy ołówek. Przy Costa do Castelo czyli wokół zamku Św.Jerzego, ulice byly odrapane, ale czyste. Owszem, pod koniec dnia śmieci walały się, ponieważ miasto nigdy nie zapewniało dostatecznej ilości kubłów na nie. Wtedy też nie było jeszcze metra. Z Cais do Sodré można było wsiaść do tramwaju nr 28 albo iść na pieszo, ćwicząc swoją kondycję. Gdy już doszło się do Costa de Castelo, można było wejść w świat dawnej prowincjonalanej Lizbony, gdzie opuszczone pałace, przypominały o dawnej świetności tej dzielnicy. Jeśli chciało się zejść w kierunku rzeki, szło się, czy raczej zbiegało truchcikiem przez Alfame. Tutejsze kamienne schodki, na których dwoje ludzi miało trudność aby się minąć, zapraszały ale jednocześnie wzbudzały lekki strach. To były prawdziwe labirynty, których tajemnice zgłębiałam na przełomie roku 1994 i 1995.
Strona internetowa Marioli.





